r e k l a m a

Jak most Północny pod prąd płynął

Maciej Miłosz 31-03-2011, ostatnia aktualizacja 01-04-2011 13:00

600 ton, 500 km i 5 dni – tak w liczbach wyglądało przewiezienie przęsła mostu z Gdyni do Warszawy. To był największy transport wodny w historii Wisły. Wkrótce dwa kolejne.

autor: Guz Rafał
źródło: Fotorzepa
Lina, na której holowana była barka, miała kilkanaście centymetrów grubości
autor: Rafał Guz
źródło: Fotorzepa
Lina, na której holowana była barka, miała kilkanaście centymetrów grubości
Na bardziej niebezpiecznych odcinkach nie wolno się zdawać na sondę elektroniczną – głębokość trzeba sprawdzać ręcznie.  To sposób  niezawodny. Marynarz Maciek zabezpiecza mechanika Arkadiusza.
autor: Rafał Guz
źródło: Fotorzepa
Na bardziej niebezpiecznych odcinkach nie wolno się zdawać na sondę elektroniczną – głębokość trzeba sprawdzać ręcznie. To sposób niezawodny. Marynarz Maciek zabezpiecza mechanika Arkadiusza.

Poruszać się rzeką to sztuka. Tu nawet chwila nieuwagi może się skończyć tragicznie
– utratą ładunku, a w skrajnym przypadku barki.

Główny nurt rzadko biegnie prosto – raz płynie bliżej lewego, raz prawego brzegu. Dziką Wisłę (ta powyżej Płocka jest nieuregulowana) trzeba umieć czytać. Przykosy, czyli podwodne wały z piasku, często potrafią zwęzić tor wodny do zaledwie 20, 30 metrów. Kapitan musi go znaleźć i w niego trafić.

Uważać też trzeba na karpy – zatopione pnie wraz z systemem korzeni, które czasem sterczą pod wodą niczym piki,   przedziurawiły poszycie niejednego statku. Jak wykryć przeszkody? Wprawne oko wyłapie załamanie fali, tzw. kant, albo przypominające bulgotanie gotującej się cieczy tzw. zwary.

– Ale to naprawdę nie jest łatwe. Tu potrzebne jest doświadczenie. A jak wpłyniemy na mieliznę, to może być tak, że będziemy musieli czekać, aż poziom wody się podniesie – wyjaśnia kapitan Jerzy Pielaciński, szef Żeglugi Wyszogrodzkiej, który we wtorek dowiózł pierwsze przęsło do Warszawy.
Pielaciński wierzy w rzekę. Kiedy wszyscy wyprzedawali statki i barki, on je skupował. Dziś na środkowym odcinku Wisły jest największym przewoźnikiem. – Mój dziadek pływał tutaj na statkach pasażerskich. Ojciec również. Teraz jest moja kolej, ale już wkrótce mój syn zostanie najmłodszym kapitanem wiślanym – nie kryje dumy wąsacz.

– Most Północny jest już dziesiątym w mojej karierze. Brałem udział w budowach przepraw m.in. w Gdańsku, Puławach czy na Siekierkach w Warszawie.

Śladami Jagiełły

Płyniemy na pokładzie 27- metrowego holownika „Aleksander”. Wsiedliśmy w Wyszogrodzie, ok. 70 km w dół rzeki od Warszawy. Z boku przycumowany niewielki pchacz-holownik „Orka”. Za „Aleksandrem” – na ok. 40-metrowej linie – mająca 70 metrów długości barka. Na niej ważące 600 ton przęsło. Za nim prom, a za promem dwa pchacze – „Żubry”. To jeden z większych zestawów, jakie poruszały się po tej rzece. Jeśliby wyłączyć silnik, płynąc pod prąd, całość zatrzyma się dopiero po stu metrach!

Ładowanie przęsła w Gdyni trwało dwa dni. Kolejnych dziesięć zajęło spawanie poszczególnych elementów. A dotarcie znad morza do Wyszogrodu to kolejne pięć.

Z wyszogrodzkiego nabrzeża ruszyliśmy o siódmej rano. Słońce dopiero wstaje i mająca w tym miejscu kilkaset metrów szerokości Wisła wygląda naprawdę malowniczo – piaszczyste brzegi zapraszają do opalania. Jest tylko jeden problem... temperatura oscyluje wokół zera.
Rzeka co i rusz dzieli się na dwie, trzy odnogi i trzeba zdecydować, którą płynie najwięcej wody. Szlak jest jeszcze nieoznaczony – bakeny, czyli znaki wodne, zostały zdjęte na zimę. Z powrotem na rzece powinny się pojawić w przyszłym tygodniu.

Dlatego by przeprowadzić nas przez trudniejsze odcinki, na pokład podpływają wytyczni – pracownicy Regionalnego Zarządu Gospodarki Wodnej, którzy znają poszczególne odcinki jak własną kieszeń. W okolicach Czerwińska (to tutaj by zaskoczyć Krzyżaków, król Jagiełło rozkazał zbudować jeden z pierwszych w historii mostów pontonowych) wytyczny Marek Salik opowiada: – Tu działkę miał Czesio Niemen. A tam dalej po prawej kiedyś wpłynąłem i był straszny smród – mnóstwo starych i młodych szczupaków. Zdechłych. Tam miały tarło, a w końcu woda je odcięła.

Sarna prawie jak ryba

– Jeszcze dziesięć lat temu Wisła przypominała ściek – stwierdza kapitan Pielaciński. – Teraz z roku na rok jest coraz czystsza. Coraz częściej widuję sarny, które płyną przez rzekę, raz widziałem nawet dzika – dodaje.

Na statku spędzamy cały dzień. Na brzegach widać żniwo, jakie w tym roku zebrała kra – połamanych, dosłownie zmiecionych, jest mnóstwo drzew. Po drodze mijamy Twierdzę Modlin i snujemy przypuszczenia, gdzie ukryty jest mityczny skarb rosyjskiej kawalerii. W końcu zupełnie znienacka, zza zakrętu wyłaniają się kominy elektrociepłowni Żerań. Cumujemy przy budowie mostu. Za kilkanaście dni kolejny rejs.

Życie Warszawy