r e k l a m a

W poszukiwaniu pigmentu

Maciej Miłosz 22-07-2010, ostatnia aktualizacja 29-07-2010 23:06

Parzący w stopy piasek, spalone słońcem ciała, dyskusje leżakowe, zamki z piasku i zabronione kąpiele. Stolica wraca na swoje plaże. Nie tylko w weekendy – co sprawdziliśmy wczoraj.

autor: Kamiński Jakub
źródło: Fotorzepa
autor: Kuba Kamiński
źródło: Fotorzepa
autor: Kuba Kamiński
źródło: Fotorzepa

Życie na plaży to rytuały. Mniejsze i większe. Mniej lub bardziej ekstrawaganckie. Szanujący się plażowicz wejście na plażę rozpoczyna od porządnego zmonitorowania terenu: wychodzi na środek i rozgląda się za interesującym miejscem do rozbicia obozu.

Preferencje są różne: niektórzy rozkładają się w słońcu, inni w cieniu, a jeszcze inni na granicy. Są też przypadki, kiedy przybysze się rozdzielają: ona, w kostiumie, kładzie się w palącym słońcu, on, ubrany, siada w głębokim cieniu. Ale to raczej ona przychodzi porozmawiać. Gdy na tę samą plażę przychodzi się po raz kolejny, włącza się instynkt inżyniera Mamonia – wybiera się miejsce wyleżane dnia poprzedniego. Tak jest w przypadku 90 proc. plażowiczów – przynajmniej wobec subiektywnych badań, które przeprowadziliśmy wczoraj. Plaże w tygodniu bynajmniej nie są puste.

Trzeba się schłodzić

Niezbędny ekwipunek warszawskiego plażowicza to ręcznik i parasol. Z garderobą bywa różnie.

Stały bywalec plaży na wysokości ul. Krynicznej Witold Koczyk kąpielówki ma pod krótkimi spodenkami, w których przyszedł. Od razu przy wejściu łapie leżak od plażowego, rozstawia się na samym środku, a po zrzuceniu spodenek pewnym krokiem zmierza do Wisły i... siada w wodzie po kolana. – Zawsze tak robię, na początku trzeba się schłodzić – tłumaczy. – Przychodzę tu od pięciu lat i jest coraz lepiej, lepszy piasek, lepsza infrastruktura. Czego brakuje? Przydałby się jakiś kiosk z napojami – dodaje. Właśnie przechodzi na emeryturę. Będzie miał czas na plażowanie. Nieopodal w równym rzędzie na leżakach siedzą tegoroczni maturzyści: Kamil, Igor, Ola, Ania i Gabrysia. Wody się nieco lękają. – Przydałby się jakiś basen, bo rzeka jest brudna. No i nie ma ratownika. I knajpki brakuje – mówią. – Tylko żebyśmy w gazecie nie wyszli na jakichś malkontentów – śmieją się.

W tym roku w Warszawie funkcjonują już trzy plaże miejskie (już wspomniana przy ul. Krynicznej, przy moście Poniatowskiego i na wysokości Ratuszowej). Urzędnikom udało się je otworzyć w trakcie sezonu, a nie na jego koniec, jak to miało miejsce w zeszłym roku. Przy każdej jest toaleta (choć trzy dni temu wandale jedną spalili).

Oficjalnie plaże czynne są od godz. 12 do 20 (wtedy można bezpłatnie pożyczyć leżaki od plażowego i pograć w siatkówkę na przygotowanym boisku), jednak pierwsi poszukiwacze opalenizny zjawiają się dużo wcześniej.

– Z rana jest mniej ludzi, a ja nie lubię tłoku – mówi budowlaniec Marcin. Wczoraj miał wolne, więc plażował. Przyszedł z Andżeliką, licealistką. – Byliśmy nad wodą tuż po godz. 8. Jakieś przygody? Andżelika skaleczyła sobie ostatnio nogę o małżę.

Mimo że niedawno powodziowa Wisła była nosicielem niebezpiecznych bakterii, ludzie brodzą w niej po kolana. Nie brakuje też takich, którzy zanurzają się całkowicie.

– Pływam w Wiśle od 65 lat. Woda szkodzi, ale nie mnie – chwali się Ryszard Chmielewski, z którym rozmawiamy tuż po jego 15-minutowej kąpieli.

Amatorzy wiślanych pluskań przeganiani są przez policję rzeczną, która codziennie podpływa i przez megafon ogłasza, żeby wyjść z wody.

Opalanie to też sztuka

Kąpiel jest zabroniona, ale naturalnie nie słoneczna. Techniki opalania są różne. Przed polowaniem na pigment wielu smaruje się różnymi olejkami. Po kilkudziesięciu minutach prażenia się popularne jest zasłonięcie twarzy gazetą.

Ale zdarzają się też rozwiązania zdumiewające. – W tym roku wyjątkowo unikam słońca – opowiada nam starszy pan, który na plażę przy moście Poniatowskiego przyjechał rowerem i... opala się w krótkich spodenkach już dobre 40 minut.

– Jestem tu po raz pierwszy i bardzo mi się podoba. Czekam na prom – wyjaśnia.

Bezpłatne statki z plaży desantu i z Podzamcza dowożą kolejnych plażowiczów. Po zejściu z trapu idąc boso, można się wręcz poparzyć. – Trzeba zagrzebać nogi głębiej w piasku, ta wierzchnia warstwa jest najbardziej rozgrzana – doradza nam starsza pani.

Pan Krzysztof opowiada, że plażowicze przychodzą falami: przed południem, później w porze obiadu trochę pustoszeje, największe tłumy są wczesnym wieczorem i oczywiście w weekendy. Ten będzie upalny, więc warto popływać po warszawsku, brzuchem po piasku.

Życie Warszawy