r e k l a m a

Symulant jedzie na święta

Monika Górecka-Czuryłło,Robert Biskupski 26-10-2011, ostatnia aktualizacja 27-10-2011 00:49

Zbliża się Wszystkich Świętych, więc część pracowników pójdzie na zwolnienia – prognozują analitycy rynku pracy. Dzieje się tak we wszystkie długie weekendy i święta. W zeszłym roku choroby pracowników na Mazowszu kosztowały prawie 3 mld zł.

autor: Bartłomiej Żurawski
źródło: Fotorzepa

Zdobyć L4, czyli zwolnienie chorobowe, to nie problem – twierdzą zgodnie pracownicy z Warszawy. Wystarczy iść do lekarza, powiedzieć, że źle się czujemy, i już mamy parę dni na załatwienie własnych spraw.  – Ważne, żeby nie chodzić do lekarzy z NFZ, bo ci strasznie skąpią zwolnień – ostrzega Marcin pracujący w podwarszawskim magazynie.

– Zdarza się, że nawet osoby naprawdę chore wychodzą od nich z kwitkiem.

Dużo łatwiej zdobyć je podczas prywatnej wizyty. W niektórych gabinetach istnieją nieformalne cenniki. Przykładowo za zwolnienie do siedmiu dni płacimy 50 zł, do 14 dni – 70 zł, a ponad dwa tygodnie odpoczynku to koszt 100 zł.

Chory na święta

Jak wynika z danych firmy doradczej Work Service, w zeszłym roku przechorowaliśmy na Mazowszu ponad 25,5 mln dni, co kosztowało pracodawców 2,88 mld zł.

– Przełożeni coraz częściej chcą wiedzieć, dlaczego pracownicy chodzą na zwolnienia  – mówi dyrektor działu rozwoju rynków w Work Service Krzysztof Inglot. – Zamawiają więc analizy, które pomagają im przeciwdziałać temu zjawisku. Na przykład jeśli okaże się, że duża część choruje często na grypę, mogą zorganizować szczepienia.

Przy okazji mogą zauważyć, w jakich okresach najczęściej pracownicy biorą zwolnienia. Zdarza się, że zupełnie nie pokrywają się one z terminami epidemii. – W Warszawie przyrost liczby zwolnień możemy zaobserwować np. podczas różnych świąt czy Nowego Roku – mówi Krzysztof Inglot.

– Wynika to m.in. z tego, że w stolicy pracuje dużo osób napływowych, które chcą pojechać do rodziny kilka dni wcześniej. Zamiast brać urlop, próbują załatwić sprawę u lekarza.

Wzięcie zwolnienia to też częsty sposób na przedłużenie sobie długiego weekendu.

– Teraz zbliża się Wszystkich Świętych, więc część osób będzie chciała w ten sposób przedłużyć sobie wizyty na grobach – mówi Krzysztof Inglot.

Z badań pracodawców wynika, że przeciętne zwolnienie trwa 12 dni, co daje właściwie dwa tygodnie. – Nie są to więc krótkie, kilkudniowe zwolnienia na klasyczne infekcje, tylko dłuższe, które mogą sugerować wykorzystywanie ich w innym celu, np. szukania pracy czy „dorabiania na czarno" – mówi Wioletta Żukowska ze stowarzyszenia Pracodawcy.pl.

Co ciekawe, problem dotyczy głównie osób dostających średnią pensję. – Menedżerowie i specjaliści rzadko korzystają ze zwolnień – mówi Krzysztof Inglot. – Czasem wolą przyjść do pracy z chorobą, niż „zawalić" terminy.

Dobra fucha na L4

Zwolnienia kontrolowane są też przez ZUS. Urzędnicy sprawdzają, czy zostały one prawidłowo wydane i czy chorzy rzeczywiście wykorzystują czas zgodnie ze wskazaniami lekarza, a nie np. remontują mieszkanie czy pielą grządki.

– Zarówno w kwestii zasadności zwolnień, jak i sposobów ich wykorzystania mamy zastrzeżenia średnio co do dziesiątego L4 – mówi rzecznik ZUS Jacek Dziekan.

Krzysztof Kowalski z Urzędu Statystycznego m.st. Warszawy twierdzi, że po masowych akcjach ZUS i inspekcji pracy liczba osób, które przebywają na fałszywych zwolnieniach, maleje. Przyznaje jednak, że oficjalnych danych stołeczny urząd nie ma.

– Ale podczas różnych ankiet czy spisów dowiadujemy się nieoficjalnie, że ktoś jest na zwolnieniu, lekarz kazał mu leżeć, a chory naprawia kran u sąsiada – dodaje Kowalski.

Mniej żartobliwie wypowiadają się o fikcyjnych zwolnieniach pracodawcy. – Dane dotyczące Mazowsza są porażające. Zwolnienia z tego rejonu kosztują nas prawie 3 mld zł –mówi Wioletta Żukowska. I dodaje, że oprócz pieniędzy, które trzeba zapłacić za wynagrodzenie, pracodawca musi często zapewnić zastępstwo. A to są dodatkowe koszty.

Dodaj swoją opinię

Życie Warszawy



-->