r e k l a m a

Afgańskie szczyty zdobyte

Piotr Szymaniak 09-09-2010, ostatnia aktualizacja 16-09-2010 21:41

Dwa miesiące pełne niebezpieczeństw w górach Pamiru i Hindukuszu. Zdobytych dziewięć dziewiczych szczytów i wytyczonych dziesięć nowych szlaków. Oraz walka 14 osób nie tylko z górami i pogodą, ale też z pogranicznikami, narowistymi końmi, prezydentem Kazachstanu i własnymi słabościami. Do Warszawy wrócili alpiniści z Afganistanu.

Przez 32 lata alpiniści omijali Afganistan szerokim łukiem
źródło: Maciej Ostrowski
Przez 32 lata alpiniści omijali Afganistan szerokim łukiem
Zdobywcy mają prawo nazwać szczyt, który pierwsi zdobyli. Po tej wyprawie mamy m.in. Trzy Gracje
źródło: Maciej Ostrowski
Zdobywcy mają prawo nazwać szczyt, który pierwsi zdobyli. Po tej wyprawie mamy m.in. Trzy Gracje
Niebezpieczne było też przejście  z karawaną. Jeden z alpinistów mógł je przypłacić życiem
źródło: Maciej Ostrowski
Niebezpieczne było też przejście z karawaną. Jeden z alpinistów mógł je przypłacić życiem

Ostatni raz polscy alpiniści zdobywali afgańskie szczyty 32 lata temu, gdy w tamtejszych górach przygotowywali się do wypraw w Himalaje. Potem przez niemal nieustanne konflikty zbrojne Afganistan na lata wypadł z listy wysokogórskich ekspedycji. Teraz 14 śmiałków z Polski przywróciło alpinistycznemu światu góry Pamiru i Hindukuszu. Przy okazji jako pierwsi zdobyli dziewięć dziewiczych szczytów korytarza Wachańskiego.

– Zaczęło się od ubiegłorocznej samotnej wyprawy Bartka Tofla, który był tam turystycznie. Oceniał, jak bezpieczny jest region, a przy okazji nauczył się podstaw języków dari i paszto – opowiada Maciek Ostrowski, jeden z alpinistów. – Dotarł na sam kraniec Korytarza Wachańskiego. W miejsce, gdzie nie można dojechać już żadnym środkiem transportu. Tylko konno lub pieszo. Zrobił zdjęcia gór, których do tej pory nie zdobywali żadni ludzie. Pokazał je w naszym klubie wysokogórskim i rzucił pomysł wyprawy.

Wyprawa w starym stylu

Od początku miała to być wyprawa w starym stylu. Samochody, potem konna karawana i na samym końcu wspinaczka. Tak jak się to robiło w latach 60. i 70. Chętnych nie brakowało, co potęgowało chaos przygotowań.

– W zasadzie do końca nie było wiadomo, jak duża będzie ekipa. Ostatecznie stanęło na 14 osobach (dziewięciu wspinaczy, operator, lekarz i dwóch kierowców), ale i tak nie udało się załatwić wszystkich wiz na miejscu i część musieliśmy zdobyć w Duszanbe w Tadżykistanie – opowiada Tomek Klimczak.

Dominowali warszawiacy, ale byli też ludzie z Krakowa, Trójmiasta, Bielska-Białej, Radomska czy Mielca. Różnych zawodów: lekarka, informatyk, tłumacz, analityk czy importer samochodów. Wszystkich łączy jedno: miłość do gór. Zanim wyruszyli do Afganistanu, większość miała już doświadczenie ze wspinaczki w Tatrach, Alpach czy na Kaukazie.

– Ekspedycja miała kilka aspektów, nie tylko alpinistyczny – zaznacza Sławek Korytkowski. – Nasza koleżanka Justyna Leszczuk, która była lekarką wyprawy, spędziła kilka dni w rejonie osad kirgijskich, rozdając leki. Zawieźliśmy podręczniki do nauki angielskiego do szkoły w Garczaszmie (Tadżykistan), jak i w Kasidah (Afganistan). Całą wyprawę filmował Rafał Sieradzki. Mają z niej powstać dwa filmy: jeden stricte alpinistyczny, drugi traktujący o życiu tamtejszych społeczności.

Nie udało się znaleźć głównego sponsora, więc większość kosztów alpiniści pokrywali z własnej kieszeni. – Ostatecznie nie wyszło tak źle, bo po 5,7 tys. zł na głowę – przyznaje Klimaczak. Sklep podróżniczy wspomógł sprzętem, inni sponsorzy użyczyli sprzętu telekomunikacyjnego i komputera.

Energetyczne kąpiele

Połowa ekipy poleciała samolotem przez Rygę do Dusznabe, a reszta pojechała dwoma samochodami z przyczepką: 5 tys. km przez terytoria Ukrainy, Rosji, Kazachstanu, Uzbekistanu i Tadżykistanu.

– Przygód było bez liku. Na Ukrainie, gdy kąpaliśmy się w jeziorze pod drutami wysokiego napięcia, było takie mocne pole magnetyczne, że wszystko co metalowe kopało prądem – opowiada Klimaczak. – Po wyjściu z wody okazało się, że wszystkie urządzenia elektroniczne, radia czy zegarki albo się popsuły, albo zresetowały. Od tego momentu nie mieliśmy między samochodami żadnej łączności.

Kiedy w Kazachstanie zepsuło się jedno z aut, nie sposób było znaleźć mechanika – akurat urodziny obchodził prezydent tego kraju.

– Kazachstan pod groźbą miał trzy dni pić, a nie pracować czy handlować – śmieją się alpiniści. Z kolei spodziewane trudne przejścia z domagającymi się łapówek pogranicznikami nauczyły podróżników przydatnych technik negocjacyjnych i rozpoznawania psychiki poszczególnych osób. – Najczęściej udawało nam się nie płacić – cieszy się Sławek. Jednak nie zawsze. – Gdy zaparkowaliśmy obok komisariatu policji w Sarhadzie, który przypominał lepiankę, funkcjonariusze domagali się zapłacenia 500 dolarów mandatu za złe parkowanie – relacjonuje Tomek Klimczak.

– Tam wciąż policja wyznaje zasadę, że kto ma „kałacha”, ten rządzi. Nie było dyskusji. Baliśmy się, że przestrzelą nam koła lub nawet otworzą ogień do nas. Cud, że udało nam się stargować do 450 dolarów i ostatecznie nas puścili. Takie są realia i należy się z tym liczyć.

Czy konie mnie słyszą?

Podróż samochodem trwała prawie dwa tygodnie. Gdy skończyła się droga, zaczęły się trudne negocjacje w Wachami o cenę wynajmu koni oraz jaków. – Oczywiście trzeba było znać komendy w języku dari, bo jak się mówiło do nich po polsku, to nie za bardzo rozumiały – śmieje się Maciek Ostrowski, który był także fotografem ekipy.

– Problemy były też z juczeniem i kulbaczeniem koni. Na początku marsz był opóźniany, bo z koni nam wszystko spadało, a ścieżki prowadziły między przepaściami. Dopiero twarda szkoła Wachów i Kirgizów pozwoliła nam ujarzmić zwierzęta.

– Mało nie spadłem w przepaść, próbując ratować konia. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło. Ani mnie, ani zwierzęciu nic się nie stało – przyznaje Sławek.

Ale nerwowych sytuacji nie brakowało. – Ludzie, którzy się wspinają, z reguły są indywidualistami. Czasami dochodzi do zgrzytów – mówi Maciek. – Ale obyło się bez rękoczynów – dodaje Sławek. – Ludzie docierali się każdego dnia. Kiedy po sześciu dniach upalnej karawany na wysokości 4400 m założyliśmy bazę, wszystkie złe emocje opadły. Góry stały się najważniejsze. Mieliśmy świadomość, że bezpieczeństwo każdego z nas zależy od drugiego i musimy sobie pomagać. Zwłaszcza że telefon satelitarny... został w samochodzie i ciężko byłoby sprowadzić pomoc.

– I tak na wiele by się to nie zdało. To nie Alpy, by w kilka minut przyleciał helikopter – zaznacza Maciek Ostrowski. W ciągu dwóch tygodni, jakie alpiniści spędzili w bazie, przeżyli dwa załamania pogody: sypiący śnieg przez siedem dni uniemożliwiał wspinaczkę.

Dziewięć szczytów naszych

Gdy tylko pogoda się poprawiała, wspinacze wychodzili z bazy o godz. 2 – 3 w nocy, tak by pod ścianą być o 4. – Chodziło o to, by wykorzystać poranny chłód, bo już o 7 rano na wschodnich ścianach było bardzo gorąco, a topniejący śnieg utrudniał wspinanie i asekurację. W mokrą breję nie sposób wbić śruby lodowej – opowiada Tomek Klimczak. – W dodatku na tej wysokości tlenu w powietrzu jest dwa razy mniej niż zazwyczaj, co potęguje zmęczenie.

Dlatego nie udało się osiągnąć wszystkich zamierzonych celów. Tomek i Maciek dwa razy podchodzili do szczytu i dwa razy rezygnowali, będąc nawet 40 metrów od celu. Mimo to ekipie udało się zdobyć dziewięć dziewiczych szczytów i wytyczyć dziesięć nowych dróg alpinistycznych. Każdy osiągnięty wierzchołek mogli nazwać według własnego uznania. I tak jeden z nich zyskał miano Trzy Gracje na cześć byłych i obecnych towarzyszek życia zdobywców. Mamy też Atram (czyli Marta od tyłu), Orle Wrota (w języku dari Darwez-je-Oqabi) oraz Ciężki Stół (Miz-e-sangin). W tym czasie niepokojące informacje dotarły do nich z Polski. Okazało się, że w rejonie, w którym przebywali, zrobiło się niespokojnie i zostało zastrzelonych 15 obcokrajowców. – Dopiero po powrocie do samochodu mogliśmy zawiadomić ambasadę w Kabulu, że nic nam nie jest. Odetchnęli z ulgą – przyznaje Sławek.

Do kraju wszyscy wrócili cali i zdrowi, choć nie dla wszystkich afgańska wyprawa miała dobre konsekwencje. Przełożonym Maćka Ostrowskiego długie wojaże pracownika nie podobały się do tego stopnia, że został zwolniony. – Ale nie żałuję – mówi.

Życie Warszawy