r e k l a m a

Smoki między wiosłami

Maciej Miłosz 26-08-2010, ostatnia aktualizacja 09-09-2010 22:54

Jedno z dziecięcych marzeń to latać na smoku. Niektórzy je spełniają. Przynajmniej w części – pływając na nim. Co więcej, robią to naprawdę dobrze. Zawodnicy stołecznej Spójni zdobyli niedawno mistrzostwo Europy w wyścigach smoczych łodzi.

Amsterdam. Załoga z Warszawy w drodze po mistrzostwo Europy
źródło: materiały prasowe
Amsterdam. Załoga z Warszawy w drodze po mistrzostwo Europy

Smok“ ma 12 metrów długości, a żeby go ujarzmić, potrzeba aż 22 osób: 20 wiosłujących, jednego wybijającego rytm dobosza i oczywiście sternika. Jednak najważniejsi są szlakowi, czyli ci, którzy siedzą z przodu i nadają tempo wiosłowania.

Jednym z nich jest kapitan i trener warszawskiej osady Artur Dyjewski. – Jak to się zaczęło? Chyba w 2004 r. zobaczyliśmy smocze łodzie w Olsztynie – wspomina.

Czterdziestka stuknęła mu kilka lat temu, ale – jak mówi o „smokach“ – oczy mu się świecą, jakby miał cztery lata i dostał właśnie wymarzoną zabawkę. Kiedyś zdobywał medale na mistrzostwach Polski kanadyjkarzy, w 1989 r. był piąty na mistrzostwach świata w Płowdiw, dziś znów wolny czas poświęca dla sportu.

– Trenujemy cztery razy w tygodniu – mówi z dumą. Na lądzie jest, jak sam stwierdza, człowiekiem orkiestrą – teraz jest kierownikiem administracji w firmie handlującej stalą, ale imał się różnych zajęć; był m.in. taksówkarzem.

Jak zaczyna mówić, to trudno mu przerwać, nad najdrobniejszymi szczegółami dotyczącymi „smoków“ potrafi rozwodzić się godzinami.

Pytany, czy sport pomaga w życiu, odpowiada: – Eee, chyba nie. Jak słyszę olimpijczyków, co opowiadają, że w życiu tyle osiągnęli dzięki sportowi, to nie chce mi się w to wierzyć. Przecież to jest mordęga, jakby tyle czasu co treningom poświęcili innym dziedzinom, w nich też byliby mistrzami.

Sam treningi opuszcza bardzo rzadko, a mimo siwiejących włosów ma sylwetkę 20-latka. Pasji się nie wybiera, kogoś, kto w młodości „zachorował na wodę“, trudno potem wyleczyć. Stąd miłość do „smoków“.

Wojtek szuka spokoju

Smocze łodzie pochodzą z Azji, gdzie kiedyś służyły do rytuału budzenia śpiącego boga – smoka na rzece Jangcy.

W Polsce po raz pierwszy pokazali je w 1997 r. Niemcy . W pływaniu na tych długich konstrukcjach bardzo ważna jest technika. By nauczyć się dobrze wiosłować, potrzeba lat. Wojtek Bryła trenuje od dwóch, wciąż się uczy i mimo że ma metr dziewięćdziesiąt oraz do ułomków nie należy, do pierwszego składu osady jest powoływany rzadko. – Zacząłem przypadkiem, kolega mnie zaciągnął na trening i tak zostałem – relacjonuje cichym, spokojnym głosem. – Jak przekraczasz bramę klubu, wszystkie problemy, całe życie zostaje za tobą. Atmosfera jest po prostu znakomita – opowiada.

Wojtek szuka spokoju. Wcześniej pracował jako handlowiec dużej firmy ubezpieczeniowej, ale zwolnił się i zaczął remontować mieszkania.

– Miałem dosyć wyścigu szczurów, chciałem wyjść z biura, odpocząć, dlatego pracuję sam – mówi.

Ze zleceniami nie ma problemów, klientów znajduje z polecenia – jest solidny. Marzenie: obejrzeć na żywo przyszłoroczne mistrzostwa świata rugby w Nowej Zelandii.

Szlakowy bez ramion

Na treningach pogromców „smoków“ często gra się w... piłkę nożną. Problem w tym, że boisko przy Kanale Żerańskim jest betonowe. Wszyscy grają w rękawiczkach, w razie upadku zdarcie dłoni jest pewne. Jak mówi trener, trzeba się hartować. Regularnie hartuje się około 50 osób. Jednym z młodszych jest 20-letni Adam. Jak zaczynał, był wychudzony, „ramion prawie nie miał“. Teraz jest jednym z czołowych zawodników, został szlakowym.

Najstarszy załogant ma 65 lat i czasem, zamiast wiosłować w „smoku“, płynie obok we własnej kanadyjce. Wielu z nich kiedyś było właśnie kanadyjkarzami albo kajakarzami – tak jak była mistrzyni Polski Renata Oleś. Teraz jednak wiosłują na równi z informatykami, mechanikami, dyrektorem banku, ogrodnikiem, robotnikiem i kilkoma właścicielami firm. Przeważają mężczyźni, ale kobiet nie brakuje.

Trening porządkuje dzień

Mistrzostwo Europy w Amsterdamie Polacy zdobyli właśnie w kategorii Mikst. Regulamin tej konkurencji mówi, że na łodzi musi być co najmniej osiem kobiet.

Była wśród nich Magda, żona Artura. – Najgorsze są soboty i niedziele, zamiast dłużej pospać, to mąż mnie zrywa z łóżka i mówi, że idziemy na piłeczkę, na piłeczkę – opowiada z uśmiechem urocza blondynka.

Poznali się ponad 20 lat temu na treningach kajakowych i zaiskrzyło. Później ona przestała trenować, urodziła dwie córki i syna, a Artur ciągle trenował. Przestał krótko przed olimpiadą, bo trzeba było utrzymać rodzinę. Trochę żałuje, bo mógł startować.

– Na treningach Artur przestaje być mężem, jest trenerem. Traktuje mnie tak samo jak innych albo nawet gorzej. Tam to on rządzi, ale w domu jest zupełnie inaczej – śmieje się Magda.

Jej zdaniem, treningi porządkują codzienne życie: człowiek lepiej się organizuje. Jak przyznaje, teraz marzy o tym, by gdzieś dwa tygodnie poleżeć i nic nie robić. Bo ostatni urlop spędzili aktywnie: najpierw mistrzostwa, potem zwiedzanie Amsterdamu, Rotterdamu, wcześniej Berlina. Dzięki smoczym łodziom zwiedzili kawał Europy, a za rok szykują się na mistrzostwa świata do Stanów.

Małżeństw w osadzie jest kilka.

– Dla tych z dłuższym stażem jest to jakaś forma ponownego zbliżenia, czasem w ferworze życia oddalają się od siebie za bardzo. Niektórych ponownie łączy pasja do „smoków“ – mówi Artur. Ale to nie przeszkadza, by część zawodników, mimo sześćdziesiątki w metryce, zachowywała się, jakby miała lat 16.

Na powitanie ściskają sobie dłoń, tak by zmiażdżyć palce, a czasem stać i na żart podstawówkowy czy też koszarowy. No cóż: pogromcy smoków są wiecznie młodzi. Nawet mając siwe włosy.

Życie Warszawy