r e k l a m a

Zbrodniarze wciąż bez kary

Piotr Jendroszczyk 19-03-2010, ostatnia aktualizacja 20-03-2010 15:40

Byli żołnierze Dirlewangera, którzy „wsławili się” swymi działaniami podczas Powstania Warszawskiego, mogą spać spokojnie, bo nie udało się znaleźć dowodów na to, że mordowali i rabowali.

źródło: Rzeczpospolita

W Niemczech żyje wciąż 11 członków specjalnej brygady SS Oskara Dirlewangera uczestniczącej w tłumieniu Powstania Warszawskiego. Niczego nie muszą się obawiać. Nie ma żadnych dowodów pozwalających postawić ich przed sądem.

W czasie Powstania palili, gwałcili, rabowali i mordowali. Złożona z kryminalistów brygada Dirlewangera (SS-Sturmbrigade Dirlewanger) pozostawiała po sobie krew i łzy, gdziekolwiek się pojawiała. Zwłaszcza w powstańczej Warszawie. Nikomu nie udało się jednak zebrać przekonujących dowodów winy żyjących jeszcze jej członków. – Na ławę oskarżenia mógłby trafić jedynie ktoś z grona byłych dirlewangerowców, który sam przyznałby się do popełnionych zbrodni – tłumaczy Thomas Will, wiceszef Centralnego Urzędu Ścigania Zbrodni Nazistowskich w Ludwigsburgu. Byłby to cud. W Niemczech takie cuda się nie zdarzają.

Mord w ruinach teatru

Mało obiecująco rysują się także perspektywy śledztwa IPN w sprawie okoliczności mordu w ruinach Teatru Wielkiego w dniu 8 sierpnia 1944 roku. Niemcy zamordowali tam około 350 Polaków.

– Z ekspertyzy historycznej dokonanej na potrzeby śledztwa wynika, że sprawcami tej zbrodni mogli być członkowie brygady Dirlewangera – mówi Piotr Dąbrowski, prokurator IPN. Co wydarzyło się tego dnia w Teatrze Wielkim, pamięta doskonale Marian Waldemar Świątkowski, emerytowany neurolog z Warszawy.

– Siedzieliśmy w bunkrze pod teatrem. W pewnej chwili usłyszeliśmy potężny wybuch, który wyważył stalowe drzwi schronu. Wpadli Niemcy. Rozpoczęły się gwałty i rabunki – opowiada Świątkowski. Miał wtedy 11 lat. W bunkrze był z matką i ojcem.

Po jakimś czasie Niemcy wyprowadzili wszystkich na ulicę i uformowali z jeńców żywą tarczę, atakując sąsiedni budynek ratusza, w którym bronili się powstańcy.

Rozpoczęła się masakra, w której zginęło wielu Polaków oraz kilkudziesięciu Niemców. Ocaleli Polacy znów udali się do schronu. Następnego dnia Niemcy wyprowadzili wszystkich do holu teatru i po selekcji mężczyzn zaprowadzili całą grupę na pierwsze piętro zrujnowanego budynku. – Ustawili ludzi w szeregu na skraju urwanego stropu i zaczęli strzelać z karabinu maszynowego ustawionego na placu Teatralnym. Tak zginął mój ojciec – opowiada Świątkowski. Jest ostatnim żyjącym świadkiem tej zbrodni. Uratował się cudem. Nie jest w stanie powiedzieć, czy egzekucji dokonali esesmani Dirlewangera.

Koblencja nic nie wie

IPN liczy na to, że dowie się czegoś od prokuratury w Koblencji, którą poprosił o pomoc prawną. W Koblencji jednak o polskiej prośbie do tej pory nikt nie słyszał, mimo że pierwsza wysłana została prawie cztery lata temu. – Zajmiemy się sprawą, jeżeli otrzymamy oficjalny dokument – zapewnia prokurator Hans-Peter Gandner, wiceszef prokuratury w Koblencji. Warszawa nadal czeka.

– O działaniach brygady Dirlewangera w Warszawie wiadomo wiele z materiałów archiwalnych. Nie ulega wątpliwości, że była odpowiedzialna za rzeź większości z 40 tys. ofiar na Woli. Naoczni świadkowie nie byli jednak w stanie powiedzieć, czy sprawcami tych zbrodni byli wtedy dirlewangerowcy, czy inne niemieckie jednostki – mówi Zbigniew Osiński z Muzeum Powstania Warszawskiego.

Obszerną relację o zbrodniach brygady złożył Mathias Schenk – Belg, który jako 18-latek służył w jednostce saperów Wehrmachtu torującej drogę dirlewangerowcom w walczącej Warszawie. Zdezerterował później i ukryła go polska rodzina. Czy to on uczestniczył w wysadzaniu pancernych drzwi bunkra pod Teatrem Wielkim? – Nie jestem pewien. Robiliśmy takie rzeczy w trójkę na rozkaz ludzi Dirlewangera. Pamiętam jedynie dokładnie, jak wysadzaliśmy drzwi do któregoś z banków – powiedział. Egzekucji na placu Teatralnym nie pamięta.

– Relacje Schenka są nam znane. Dysponujemy też zeznaniami członków brygady Dirlewangera – mówi Thomas Will. Protokoły przesłuchań 11 żyjących jeszcze dirlewangerowców są już w IPN. Zdaniem śledczych z Ludwigsburga, nie wynika z nich nic konkretnego, przynajmniej na tyle, aby sformułować akt oskarżenia.

Pozostaną bez kary?

Członkowie brygady Dirlewangera utrzymują, że byli żołnierzami i wykonywali rozkazy. Centrala w Ludwigsburgu będzie się zajmować sprawą najwyżej do końca tego roku. – Potem zamykamy ten rozdział – zapowiada Will.

Sama służba w takiej jednostce jak brygada Dirlewangera nie jest karalna. Także w Polsce.

Z dekretu z 1944 roku o wymiarze kary dla zbrodniarzy winnych zabójstw i znęcania się nad ludnością cywilną wykreślono w kolejnych nowelizacjach zapisy o karalności za samą przynależność do zbrodniczych formacji. W Niemczech zawsze tak było. Na ławie oskarżonych mogli zasiąść ci, przeciwko którym zebrano dowody, że sami mordowali. A takich dowodów brak.

Żyjący dirlewangerowcy są już po osiemdziesiątce. Nie mają sobie nic do zarzucenia.

Życie Warszawy