r e k l a m a

Moje piosenki filmowe

Paulina Wilk 12-03-2010, ostatnia aktualizacja 14-03-2010 22:28

Ania Dąbrowska chciała być jak Holly Golightly ze „Śniadania u Tiffany’ego” i śpiewać jak Judasz z „Jesus Christ Superstar”. Dzięki kinu została wokalistką retro. W przyszłym tygodniu wyda płytę „Ania Movie” z piosenkami filmowymi. Opowiada Paulinie Wilk o dziesięciu ścieżkach dźwiękowych, które zmieniły jej życie.

źródło: Sony Music

1 Dirty Dancing

Różni kompozytorzy, 1987

To mój film wszech czasów. Gdy powstał, był nowoczesną propozycją dla młodzieży ze wspaniałą historią zakazanego owocu i kolekcją utworów, które nadawały mu klimat musicalu. Później wstydziłam się tej fascynacji, bo przecież „Dirty Dancing” jest okropnie kiczowaty, ale teraz już sobie wybaczam.

Nie ma tu muzyki tła – jest zbiór niesamowitych piosenek. Z jednej strony bardzo modnych hitów w stylu „Hungry Eyes”, z drugiej – klasyków przenoszących do lat 60., jak „Be My Baby” czy „Where Are You Tonight”. Duet „Time of My Life” zawsze mnie hipnotyzował, bo jest pigułką optymizmu, opowieścią o spełnionym marzeniu i momencie, w którym stać nas na wielkie rzeczy. Wyśledziłam, jaki syntezator został użyty w śpiewanej przez Patricka Swayze „She’s Like The Wind” i kupiłam go. Niestety ich programowanie mnie przerosło, zresztą dziś niewielu ludzi to potrafi. W Internecie można jeszcze kupić cartridge, na których kiedyś zapisywano brzmienia instrumentów – to rarytasy. Wbrew pozorom teraz trudno uzyskać brzmienia z lat 80.

2 Twin Peaks

Angelo Badalamenti, 1990

David Lynch wciągnął widzów w abstrakcyjną opowieść z pogranicza grozy i baśni, stworzył przedziwne pomieszanie piękna i smutku, a Badalamenti idealnie podsycał moc obrazów muzyką. Jeśli kwintesencją muzyki jest wywoływanie emocji, ten album to majstersztyk – nostalgia w czystej postaci. Myślę, że pobrzmiewa w niej dotkliwa samotność. Przemawia do ludzi, którzy noszą w sobie pierwiastek smutku i cenią go. Czyli takich jak ja. Badalamenti stworzył wyczerpującą muzykę – trzyma w napięciu, nie można przy niej zasnąć, bo zaraz pojawi się tańczący karzeł, pieńkowa dama albo przerażający Leo na wózku inwalidzkim. Tajemnica kompozycji leży w ich nastroju. Struktura jest prosta: długie akordy klawiszy, mocne linie basowe, kilka nut granych na gitarze, ale efekt nie do powtórzenia! Próbowałam przygotować koncertową wersję piosenki „Falling”. Nie udało się. Badalamenti osiągnął to, co The Beatles – jest inspiracją dla wszystkich, ale nikt nie potrafi z niego czerpać, nie tworząc kiepskiej kopii.

Więcej na www.rzeczpospolita.pl

Rzeczpospolita