r e k l a m a

Pink Bazooka "Pink Bazooka" ****

flint 21-01-2010, ostatnia aktualizacja 22-01-2010 07:29

Próba określenia twórczości Pink Bazooka w kilku słowach doprowadzi prawdopodobnie do sformułowania "świeże, słodko-ostre granie w gęstym sosie electro". Na szczęście o intrygującym duecie chce się powiedzieć znacznie więcej.

Pink Bazooka
źródło: materiały prasowe
Pink Bazooka "Pink Bazooka"

Na początek paradoks, bo Różowa Bazuka prezentuje się tak, jak trójmiejskie Skinny Patrini, tylko zupełnie inaczej. Niby wszystko się zgadza: w składzie pan i pani, nazwa zbudowana ze zrostu ksywek obydwojga, w nagraniach electro, a może raczej electroclash - wibracja prosta, pozornie niedzisiejsza, przy tym wystarczająco intensywna, by na parkiet wygnać starych punków. Do tego bardzo daleki od sztampy, zdecydowanie bardziej przemyślany, niż to się niektórym wydaje wizerunek i mnóstwo wiszącej w powietrzu erotyki.

Różnica jest jednak zasadnicza. W SP wulgarna, nieprzewidywalna Patrini gotowa jest zmienić kółko oazowe w bardzo dorosłą imprezę sado-maso z artystowskim posmakiem, podczas gdy misiowaty Skinny ma charyzmę nauczyciela (którym zresztą jest) i rzadko wychyla się zza sprzętu. Pink Bazooka może pochwalić się Lady Pinky, niewinną wokalistką, której przypisuje się hipisowską przeszłość i jazzową teraźniejszość. Za bestię robi zaś samiec, Bazooka Boy, czyli Szupla, w przeszłości karmiony industrialem, housem i eksperymentami, do dziś cierpiący na uwarunkowane tą dietą reperkusje. Keith Flint z Prodigy uciekałby przed nim gdzie pieprz rośnie.

Po zetknięciu z płytą ekscentrycznej dwójki łatwo wydać sąd - za designerską okładką kryje się sześć raptem kawałków. Od wejścia dominują popowe piania skonfrontowane z siermiężnym, syntetycznym bitem wziętym z lat osiemdziesiątych, a następnie nieco pobrudzonym i dociążonym. Owszem, takich brzmień wciąż u nas za mało, ale jednak album nie powala.

Nad czym tu więc deliberować? Trzeba poświęcić nieco uwagi, usłyszeć jak dobrze te numery brzmią, jak imponująco się rozwijają. W "Back To Fro" piosenkowe konstrukcje pięknie przeżerają noisowe zgrzyty. Za sprawą "Kipon" Lady Pinky zyskuje w naszych oczach, bo choć Alison Moyet to nie jest, to wcale nie ma do niej tak daleko. Poszatkowany rytmicznie przekładaniec "Miauuuuu" okazuje się tak hipnotyczny jak najlepsze minimalowe nagrania. Dialog członków zespołu w podszytym mrokiem synthpopie z "Taste" mistrzowsko prowadzi od "pięknych twarzy" do "obrzydliwych żartów", od "smaku" do "niesmaku". Na deser formacja serwuje zaskakująco umiejętnie odarty z banału cover OMD - "Enola Gay". Mini-album robi apetyt na longplay. A zatem jeszcze raz to samo, tylko więcej!

Pink Bazooka "Pink Bazooka"

Saturator Label

Cena: 15 zł

zyciewarszawy.pl