Marznące „STOP-ki” bez pomocy
W budce telefonicznej czy w wojskowej strażnicy – gdzie po feriach powinny chować się przed mrozem osoby przeprowadzające dzieci przez pasy?
Problem z marznącymi „STOP--kami" – jak nazywa się potocznie panie i panów, którzy przeprowadzają dzieci na pasach przed szkołami – pojawił się w Rembertowie.
Zauważyli go radni, którzy wizytowali w zeszłym roku rozbudowę szkoły i budowę przedszkola przy ul. Niepołomnickiej. Po obejrzeniu okolicy i rozmowach z dyrekcją szkoły uznali, że „pani STOP" przeprowadzającej przed szkołą dzieci po pasach trzeba postawić pomieszczenie, do którego choć na chwilę będzie mogła wejść i się ogrzać.
Interpelację w tej sprawie złożył radny Jakub Melak (Wspólnota Samorządowa dla Rembertowa).
Zarząd dzielnicy przyznał, że sprawa jest znana urzędnikom już od dawna. Jak tłumaczy wiceburmistrz Rembertowa Robert Kuś, próbują ustawić „schronienie dla strażnika przejścia pieszego" od 2010 r.
Początkowo szkoła próbowała odkupić od Telekomunikacji Polskiej SA wycofaną z użytku... budkę telefoniczną, po czym ustawić ją po przeciwnej stronie ulicy, tak by „pani STOP" miała do niej blisko. Niestety, zakup nie doszedł do skutku, a robi się coraz zimniej. Szkoła próbuje więc znaleźć inne rozwiązanie. Czy po feriach pani „STOP-ka" będzie miała budkę?
– Rodzice uczniów z zespołu szkół prowadzą negocjacje w celu pozyskania budki strażniczej z Agencji Mienia Wojskowego – referuje burmistrz Kuś.
Problem z zapewnieniem odpowiednich warunków do pracy osobom przeprowadzającym dzieci nie dotyczy jednak tylko Rembertowa.
Takich osób jest w Warszawie tylko kilkanaście. Chętnych do wykonywania zawodu brakuje, bo praca jest ciężka, a wynagrodzenie bardzo marne – niecały tysiąc złotych na rękę.
Problem jest też z ustawianiem jakichkolwiek budek. Bo jeśli szkoła stoi przy drodze, którą nie zarządza dzielnica, lecz miasto, władze szkół muszą występować do zarządu drogi o wszelkie możliwe pozwolenia.
Jeśli je uzyskają, muszą płacić „za zajęcie pasa drogi".
– Wprawdzie te opłaty nie są wielkie, ale cała procedura jest czasochłonna – mówi jeden z burmistrzów.
Sprawa mogłaby zostać rozwiązana przez przesunięcie budki poza teren przydrożny, lecz wówczas jej ustawienie nie miałoby większego sensu.
– Przecież chodzi o to, by pani przeprowadziła dzieci, gdy tylko podejdą do pasów, a nie żeby siedziała gdzieś 200 albo 300 metrów dalej – tłumaczą urzędnicy. – Zanim wyjdą z tej budki, to dzieci już pięć razy zdążą przejść przez jezdnię. Jeśli nie daj Boże zdarzy się jakaś tragedia, to kto będzie za to odpowiadał? – pytają.
Dlatego większość dzielnic o ustawieniu budek nawet nie myśli. – U nas przyjęto takie rozwiązanie, że jeśli pani przeprowadzająca dzieci przez ulicę zmarznie, może ogrzać się w szkole – mówi rzeczniczka Białołęki Bernadeta Włoch-Nagórny.
Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniania lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w
jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętą digitalizacją,
fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody PRESSPUBLICA Sp. z o.o.
Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody PRESSPUBLICA Sp. z o.o. lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione
pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.



DRUKUJ z Kyocerą
WYŚLIJ
Zakup Usług
WYKOP
GOOGLE
BLIPNIJ
STUMBLEUPON
facebook