r e k l a m a

Marznące „STOP-ki” bez pomocy

Robert Biskupski 18-01-2012, ostatnia aktualizacja 18-01-2012 02:52

W budce telefonicznej czy w wojskowej strażnicy – gdzie po feriach powinny chować się przed mrozem osoby przeprowadzające dzieci przez pasy?

Zimą praca „pani STOP” jest jeszcze bardziej nieprzyjemna
autor: Michał Sadowski
źródło: Fotorzepa
Zimą praca „pani STOP” jest jeszcze bardziej nieprzyjemna

Pro­blem z mar­z­ną­cy­mi „STOP­--ka­mi" – jak na­zy­wa się po­tocz­nie pa­nie i panów, któ­rzy prze­pro­wa­dza­ją dzie­ci na pa­sach przed szko­ła­mi –  po­ja­wił się w Rem­ber­to­wie.

Za­uwa­ży­li go rad­ni, któ­rzy wi­zy­to­wa­li w ze­szłym ro­ku roz­bu­do­wę szko­ły i bu­do­wę przed­szko­la przy ul. Nie­po­łom­nic­kiej. Po obej­rze­niu oko­li­cy i roz­mo­wach z dy­rek­cją szko­ły uzna­li, że „pa­ni STOP" prze­pro­wa­dza­ją­cej przed szko­łą dzie­ci po pa­sach trze­ba po­sta­wić po­miesz­cze­nie, do którego choć na chwilę będzie mogła wejść i się ogrzać.

In­ter­pe­la­cję w tej spra­wie zło­żył rad­ny Ja­kub Me­lak (Wspól­no­ta Sa­mo­rzą­do­wa dla Rem­ber­to­wa).

Za­rząd dziel­ni­cy przy­znał, że spra­wa jest zna­na urzęd­ni­kom już od daw­na. Jak tłumaczy wiceburmistrz Rembertowa Robert Kuś, próbują ustawić „schronienie dla strażnika przejścia pieszego" od 2010 r.

Początkowo szko­ła pró­bo­wa­ła od­ku­pić od Te­le­ko­mu­ni­ka­cji Pol­skiej SA wy­co­fa­ną z użyt­ku... bud­kę te­le­fo­nicz­ną, po czym usta­wić ją po prze­ciw­nej stro­nie uli­cy, tak by „pa­ni STOP" mia­ła do niej bli­sko. Nie­ste­ty, za­kup nie do­szedł do skut­ku, a ro­bi się co­raz zim­niej. Szko­ła pró­bu­je więc zna­leźć in­ne roz­wią­za­nie. Czy po feriach pani „STOP-ka" będzie miała budkę?

– Ro­dzi­ce uczniów z zespołu szkół prowadzą ne­go­cja­cje w ce­lu po­zy­ska­nia bud­ki straż­ni­czej z Agen­cji Mie­nia Woj­sko­we­go – re­fe­ru­je bur­mistrz Kuś.

Pro­blem z za­pew­nie­niem od­po­wied­nich wa­run­ków do pra­cy oso­bom prze­pro­wa­dza­ją­cym dzie­ci nie do­ty­czy jednak tyl­ko Rem­ber­to­wa.

Ta­kich osób jest w War­sza­wie tyl­ko kil­ka­na­ście. Chęt­nych do wy­ko­ny­wa­nia za­wo­du bra­ku­je, bo pra­ca jest cięż­ka, a wy­na­gro­dze­nie bar­dzo mar­ne – nie­ca­ły ty­siąc zło­tych na rę­kę.

Pro­blem jest też z usta­wia­niem ja­kich­kol­wiek bu­dek. Bo je­śli szko­ła stoi przy dro­dze, któ­rą nie za­rzą­dza dziel­ni­ca, lecz mia­sto,  wła­dze szkół mu­szą wy­stę­po­wać do za­rzą­du dro­gi o wszel­kie moż­li­we po­zwo­le­nia.

Je­śli je uzy­ska­ją, mu­szą pła­cić „za za­ję­cie pa­sa dro­gi".

– Wpraw­dzie te opła­ty nie są wiel­kie, ale ca­ła pro­ce­du­ra jest cza­so­chłon­na – mó­wi je­den z bur­mi­strzów.

Spra­wa mo­gła­by zo­stać roz­wią­za­na przez prze­su­nię­cie bud­ki po­za te­ren  przy­droż­ny, lecz wów­czas jej usta­wie­nie nie mia­ło­by więk­sze­go sen­su.

– Prze­cież cho­dzi o to, by pa­ni prze­pro­wa­dzi­ła dzie­ci, gdy tyl­ko po­dej­dą do pa­sów, a nie że­by sie­dzia­ła gdzieś 200 al­bo  300 me­trów da­lej­ – tłu­ma­czą urzęd­ni­cy. – Za­nim wyj­dą z tej bud­ki, to dzie­ci już pięć ra­zy zdą­żą przejść przez jezd­nię. Je­śli nie daj Bo­że zda­rzy się ja­kaś tra­ge­dia, to kto bę­dzie za to od­po­wia­dał? – pytają.

Dla­te­go więk­szość dziel­nic o usta­wie­niu bu­dek na­wet nie my­śli. – U nas przy­ję­to ta­kie roz­wią­za­nie, że je­śli pa­ni prze­pro­wa­dza­ją­ca dzie­ci przez uli­cę zmar­z­nie, mo­że ogrzać się w szko­le – mó­wi rzecz­nicz­ka Bia­ło­łę­ki Ber­na­de­ta Włoch­-Na­gór­ny.

Życie Warszawy



-->