r e k l a m a

Warszawskie spory o krzyże

Rafał Jabłoński 19-08-2010, ostatnia aktualizacja 02-09-2010 19:24

Ostatnie wydarzenia przed Pałacem Namiestnikowskim są okazją do przypomnienia, że w Warszawie były już spory o krzyże. Zazwyczaj nie miały one charakteru religijnego.

Postawiony  w 1916 roku przetrwał  prawie 80 lat. Pod tzw. krzyżem Traugutta koło Fortu  Legionów odbywały się  w latach 30. uroczystości patriotyczne.  W roku 1994 wystawiono nowy, nieco inny krzyż. Dlaczego nie skopiowano starego?
autor: Jakub Ostałowski
źródło: Fotorzepa
Postawiony w 1916 roku przetrwał prawie 80 lat. Pod tzw. krzyżem Traugutta koło Fortu Legionów odbywały się w latach 30. uroczystości patriotyczne. W roku 1994 wystawiono nowy, nieco inny krzyż. Dlaczego nie skopiowano starego?
autor: Jakub Ostałowski
źródło: Fotorzepa
Dolinka Katyńska – dwa krzyże jako świadectwo historii. Jeden wystawiony przez władze PRL (dziś ma już zmienioną datę);
autor: Jakub Ostałowski
źródło: Fotorzepa
Dolinka Katyńska – dwa krzyże jako świadectwo historii. Jeden wystawiony przez władze PRL (dziś ma już zmienioną datę);

W wieku XVIII niszczono krzyże przydrożne, w następnym stuleciu traktowano je podejrzliwie, gdyż stały się patriotycznymi symbolami, a w XX wieku wynoszono je nocami z cmentarzy, bo były „niesłuszne ideowo”.

Czasy dawne

Do połowy XVIII wieku w Warszawie obowiązywały prawa sprzed niemal 200 lat, z czasów Księstwa Mazowieckiego, zabraniające luteranom i kalwinom posiadania własnych kościołów. Wyznawcy tych odłamów chrześcijaństwa jeździli więc na Podlasie do Węgrowa, gdzie istniało centrum ewangelickie.

Zwyczaje się zmieniły, gdy nastali królowie sascy, a w Warszawie pojawiło się obce wojsko, nie tylko katolickiego wyznania. Msze dla tych ludzi odprawiano w szopach oraz w koszarach.

Wiele lat temu usłyszałem historię, jakoby w Niemczech natrafiono na pamiętniki z czasów Augusta III, w których opisywano burdy, jakie wybuchały, gdy przed takimi miejscami uczniowie jezuiccy stawiali krzyże nocą, zaś rankiem usuwali je protestanci. Ile prawdy w tej opowieści, nie mam pojęcia; nie znam nawet autora tych pamiętników. Ale historia wielce prawdopodobna...

Minęło sto lat i krzyż stał się symbolem patriotycznym, a wiara – wsparciem dla polskości pod zaborami. W 1861 roku doszło do wielkich, antyrosyjskich demonstracji z ofiarami śmiertelnymi. Zdeterminowana władza zamknęła kościoły do marca 1862 roku. Wydano też zakaz iluminowania figur kultowych poza świątyniami. Oczywiście tamta iluminacja nie miała nic wspólnego z tą współczesną. Nawet lamp naftowych nie stawiano, a zwykłe świeczki, ale i one nie dawały spokoju władzom carskim. Prababka wspominała mi pół wieku temu, że ktoś z rodziny biegał przed powstaniem styczniowym po mieście i na złość, a nie z powodów religijnych, zapalał świeczki przed krzyżami oraz figurami świętych.

Sporów o krzyże było oczywiście więcej – zarówno za zaborów, jak i za niepodległej Polski. Dotyczyły one przede wszystkim lokalizacji, gdyż najczęściej stawiano je na cudzej ziemi; przeważnie omyłkowo. Z relacji wynika, że kwestie te rozwiązywano polubownie, na poziomie lokalnego proboszcza.

Wolna Rzeczpospolita

Do ciekawego sporu doszło na początku lat 20. XX wieku, w wolnej już Rzeczypospolitej. Nim o tym opowiem, muszę się cofnąć do roku 1916. Wtedy to za zgodą niemieckiego okupanta wystawiono na stokach Cytadeli krzyż w miejscu domniemanej kaźni Romualda Traugutta i czterech członków Rządu Narodowego. Powieszono ich w 1864 roku, po czym „gdzieś” pochowano. Jak napisał w 1922 roku komentator „Kuriera Polskiego”, miejsce to wskazał mecenas Aleksander Kraushar, „powodując się sobie li tylko jako historykowi wiadomemi badaniami pamiątek Warszawy”.

Jakiś czas później znaleziono tam podczas robót niwelacyjnych „6 czy 7 czaszek”. I wtedy znalazło się „jakieś Wolskie Koło Polek”, którego panie „zakopały te czaszki, ryjąc czarnemi literami w kamieniu napis, iż są to czcigodne szczątki Traugutta i 4 członków Rządu Narodowego na tym miejscu straconych”. Uczyniły to bez porozumienia z Wydziałem Kultury i Sztuki magistratu. „A wiadomo, że do 1835 roku był tam cmentarz”. No i wywiązał się spór – historycy uważali, że miejsce kaźni znajdowało się „prawdopodobnie bliżej dzisiejszego Dworca Gdańskiego, być może na stokach Fortu Aleksieja”. I chyba coś było na rzeczy, bo Fort Władimira, przy którym krzyż stoi do dziś, nazwano za wolnej Polski Fortem Legionów, a Aleksieja (tam, gdzie obecnie jest ośrodek sportowy) – Traugutta.

W roku 1921 rozległy się głosy, że krzyż trzeba przenieść, a kamień zlikwidować. Konsultowano się ponoć ze stroną kościelną, ale w końcu nastąpiło otrzeźwienie: „Towarzystwo miłośników historii nie domaga się przeniesienia krzyża, tylko przekształcenia napisu, że krzyż wzniesiono na pamiątkę stracenia...”. Rok później sprawa stanęła nawet na posiedzeniu komisji międzyministerialnej do spraw pamiątek narodowych, a samo towarzystwo „zalecało wszcząć poszukiwania prawdziwego miejsca kaźni”.

Nie na wiele to się zdało, bo obok krzyża można dziś przeczytać napis na kamieniu, iż położono go ku pamięci bohaterów „tu straconych”.

Mijały lata, o sprawie nikt już nie pamiętał, a krzyż spróchniał. Był rok 1971 i ku uciesze komitetu dzielnicowego PZPR postanowiono tę niesłuszną ideologicznie zawalidrogę usunąć. Przecież państwo nie będzie łożyć na remont krzyża, a nowego bez pozwolenia nikt nie postawi. Wówczas honorem ujął się Cech Rzemiosł Włókienniczych i własnym sumptem postanowił przeprowadzić konserwację. Przedstawicielka tego cechu opowiadała mi w 1972 roku, że początkowo naprawa miała kosztować kilkanaście tysięcy złotych (ceny były zbliżone do dzisiejszych), a zamknęła się sumą niemal stu tysięcy. Rzemieślnicy uważali, że owo zawyżenie kwoty było efektem działań ludzi z komitetu dzielnicowego.

Konserwacja była podła, gdyż po dwóch dekadach krzyż znów groził upadkiem. W 1994 roku wystawiono nowy, mniejszy, niespecjalnie przypominający ten z 1916 roku.

Gloria Victis

Za Polski Ludowej na Wojskowym Cmentarzu Powązkowskim znajdowały się liczne mogiły poległych w II wojnie światowej, ale o zamordowanych w 1940 roku na Wschodzie nie było ani słowa. Nawet po politycznej „odwilży” roku 1956 nie było żadnych widoków na wyjaśnienie sprawy zbrodni katyńskiej – warszawiacy wzięli więc sprawę w swoje ręce. W roku 1959 koło pomnika Gloria Victis postawili oni krzyż z tabliczką. Jedni twierdzą, że mówiła ona o 12 tysiącach pomordowanych oficerów, inni – że o 14 tysiącach. Jednak nie liczba była ważna, lecz społeczny odzew i wściekłość bezpieki. Oczywiście krzyż usunięto, ale ludzi, którzy go wystawili, nie wytropiono. Czas mijał i jak mi kiedyś opowiadał jeden z grabarzy, w miejscu zwanym już wówczas „Dolinką Katyńską” po cichu wbijano w ziemię niewielkie krzyżyki drewniane.

Minęły dwie dekady i znów pojawił się duży krzyż, też szybko usunięty. Jednak największym zaskoczeniem dla władz było ustawienie w 1981 roku nocą betonowego ośmiotonowego krzyża o wysokości ponad czterech metrów. Figurowała na nim data 1940 roku, niezwykle boląca rządzących, gdyż nie zostawiająca wątpliwości, kto dopuścił się zbrodni. Z dużym trudem krzyż usunięto.

Ale z pamięci nie udało się go wymazać i w roku 1985 władza przywiozła własny krzyż z napisem głoszącym: „Żołnierzom polskim – ofiarom hitlerowskiego faszyzmu spoczywającym w ziemi katyńskiej, 1941”. Warszawiacy nie niszczyli go, tylko od czasu do czasu dopisywali farbą prawdziwą datę. Wszyscy wiedzieli, że 1941 rok to kłamstwo, ale przynajmniej można już było czcić pamięć pomordowanych oficerów.

Po czterech latach upadł ustrój, a jakiś czas potem – ku zdumieniu wszystkich – odnaleziono i ponownie ustawiono pierwszy betonowy krzyż z 1981 roku. Do dziś stoją w Dolince Katyńskiej dwa krzyże, jakby ku zadumie i świadectwu czasów.

Dodaj swoją opinię lub napisz na czytelnik@zw.com.pl

Życie Warszawy