r e k l a m a

Buddenbrookowie. Dzieje upadku rodziny ***

Marek Sadowski 20-08-2010, ostatnia aktualizacja 20-08-2010 11:25

Niemcy 2008, reż. Heinrich Breloer, wyk. Armin Mueller-Stahll, Iris Berben, Jessica Schwartz, August Diehl, Mark Waschke, Raban Bieling, Léa Bosco, kino: Muranów

To, że ta opowieść nuży, jest m.in. wynikiem braku pasji i odczuwalnego dystansu reżysera w stosunku do dramatów, konfliktów i rozterek zaludniających ekran postaci
źródło: GUTEK FILM
To, że ta opowieść nuży, jest m.in. wynikiem braku pasji i odczuwalnego dystansu reżysera w stosunku do dramatów, konfliktów i rozterek zaludniających ekran postaci

„Buddenbrookowie”, wydana w 1901 r. pierwsza wielka powieść Thomasa Manna, za którą 28 lat później pisarz dostał Nagrodę Nobla, to dzieje trzech generacji kupiecko-patrycjuszowskiej rodziny z Lubeki. Zapis jej rozkwitu i upadku, narastających z pokolenia na pokolenie konfliktów, i w płaszczyźnie ekonomicznej (co związane jest z uwarunkowaniami zewnętrznymi – zmieniającym się nieubłaganie światem), i psychologicznej.

Czytaj też: Opowieść na czasy kryzysu

Ze względu na czas rozgrywających się zdarzeń i bohaterów nasuwają się skojarzenia z „Ziemią obiecaną” Władysława Reymonta. Ale Reymont miał szczęście. Jego niezbyt ceniona i właściwie zapomniana przez czytelników powieść trafiła w ręce Andrzej Wajdy. I powstało samoistne filmowe arcydzieło.

Zobacz fotosy z filmu

Heinrich Breloer, reżyser ekranizacji „Buddenbrooków” okazał się tylko sprawnym rzemieślnikiem. Sfilmował powieść Manna „po bożemu”, bez odrobiny artystycznej fantazji, poprawnie jak w telewizyjnym serialu. Tak prowadzi narrację, że poszczególne wątki mogłyby, bez specjalnego montażu, tworzyć kolejne serialowe odcinki.

Kolejne zamążpójścia dzieci zawierane nie z miłości, lecz z wyrachowania (dla dobra interesów firmy), śmiertelne choroby nieoszczędzające nawet najmłodszych z rodu. Tak skomponowana, rozciągnięta na kilka dekad XIX wieku rodzinna saga szybko nuży. Powodem jest też wyrywkowość i powtarzalność dramatycznych losów członków rodziny – w powieści rozpisanych na setki stron, na ekranie z konieczności skumulowanych do 150 minut. A także brak pasji i odczuwalny dystans reżysera w stosunku do dramatów, konfliktów i rozterek zaludniających ekran postaci.

Ponieważ autor filmowej wersji nie musiał liczyć się z kosztami, całą energię włożył w rozmach inscenizacyjny i wizualny przepych. Z widoczną przyjemnością rekonstruuje świat, który odszedł bezpowrotnie. Kamera Gernota Rolla (operatora nagrodzonego Oscarem za „Nigdzie w Afryce”) ze smakiem wychwytuje piękno scenograficznych czy kostiumologicznych detali, tworzy samoistne obrazy odwracające uwagę od podstawowej narracji. Wielką kreację, w roli apodyktycznego seniora rodu, stworzył Armin Mueller-Stahll, aktor niezwykle oszczędny w mimice i geście, a przez to niezwykle psychologicznie prawdziwy. Gdy mniej więcej w połowie filmu znika, ekran wydaje się pusty.

Życie Warszawy