r e k l a m a

Synteza w trzech kolorach

Jolanta Gajda-Zadworna 07-03-2010, ostatnia aktualizacja 09-03-2010 07:59

Z Jerzym Wójcikiem, autorem zdjęć do filmu „Matka Joanna od Aniołów”, który dziś wraca na ekrany w wersji cyfrowej, rozmawia Jolanta Gajda-Zadworna.

Matka Joanna od Aniołów
źródło: Materiały Promocyjne
Matka Joanna od Aniołów
Jerzy Wójcik
autor: Radek Pasterski
źródło: Fotorzepa
Jerzy Wójcik

W 1960 roku miał pan 30 lat i zdjęcia do sześciu filmów na koncie, w tym tak głośnych, jak „Kanał” (jako operator kamery – przyp. red.), „Eroica” czy „Popiół i diament”. Propozycję współpracy z Jerzym Kawalerowiczem przyjął pan jako coś oczywistego?

Byłem młodym, zdolnym operatorem. Związanym od samego początku ze studiem Kadr. Tam poznałem Andrzeja Wajdę i Jurka Lipmana, z którymi zrobiłem „Kanał”. Z Jerzym Kawalerowiczem spotkałem się, jako drugi operator, na planie „Prawdziwego końca wielkiej wojny”. A mimo wszystko propozycję współpracy przy „Matce Joannie…” uznałem za wyróżnienie. To było dla mnie ogromne przeżycie – spotkanie z wielką trójką: Kawalerowiczem, Konwickim w roli współscenarzysty a przede wszystkim z Iwaszkiewiczem. Kiedy po projekcji ten ostatni spytał mnie: "Jak udało mi się uzyskać, przy pomocy czerni, szarości i bieli taką syntezę jego utworu”, byłem spłoszony. Z ogromnym trudem formułowałem myśli. Miałem przed sobą wielkość tego człowieka.

Jerzy Kawalerowicz mówił, że w noweli Iwaszkiewicza zainteresowały go uczucia. Chciał opowiedzieć o naturze człowieka i „konflikcie uczuć ludzi w habitach o psychice ludzi bez habitów". Jak pracowaliście nad tak rozumianym obrazem?

Oczywiście rozmawialiśmy o tekście, reżyser spotykał się z autorem, ale też sięgaliśmy do źródeł. Przygotowując się do zdjęć zapoznałem się m.in. z historią, która zainspirowała Iwaszkiewicza. Scenariusz Kawalerowicza i Konwickiego uważam za najlepszy scenariusz polski w ogóle.

Jest w nim tylko to, co potrzebne. Fabuła opowiedziana w ogromnej dyscyplinie myślowej i głębokim zrozumieniu przesłania, które jest zawarte w noweli Iwaszkiewicza.

To wielka literatura i wielka opowieść o kondycji ludzkiej, o naszym losie. Wszystkim tym, co się dzieje w nas samych. I dlatego jest to tak prawdziwe. Iwaszkiewicz pisał swoje opowiadanie w czasie okupacji. Sięgnął sedna spraw ogólnoludzkich, ponadczasowych. I może z tego powodu ten obraz ma tak wielką trwałość, po prostu lśni na ekranie.

Czy lśnił już w trakcie zdjęć?

Jerzy był w tym czasie w swoim najlepszym okresie twórczym. Miał ogromną energię, niezwykłą jasność i precyzję myśli, był pełen mocy. Główną rolę grała Lucyna Winnicka. Oczekiwała dziecka, o czym Kawalerowcz powiedział mi w wielkiej dyskrecji. Żebym na nią bardzo uważał. Nikt poza tym o jej stanie nie wiedział…

Jak on się w stosunku do niej zachowywał, jak się troszczył, jak był jednocześnie twardy, jeśli chodzi o egzekwowanie zamierzeń i taktowny. Męski i opiekuńczy zarazem. To mnie niezwykle ujęło. Fantastyczny obraz człowieka i twórcy.

Jak porozumiewaliście się na planie?

Prawie ze sobą nie rozmawialiśmy. Takie porozumienie czasem się zdarza, chociaż trudno je wytłumaczyć. To są rzeczy nieuchwytne. Składa się na to suma rzeczy. W tym przypadku: talent Iwaszkiewicza, wybory Kawalerowicza, Lucyna, to co ich wtedy łączyło, jej niewątpliwy talent. I talent scenografów. Bywa tak czasami w życiu, że wszystko zaczyna się fantastycznie układać.

Nie było scen, ujęć spornych?

Oczywiście były fragmenty o których dużo dyskutowaliśmy, na przykład końcówka filmu.. Jest w niej pokazany dzwon, który kołysze się ale nie wydaje dźwięku. Słyszymy go dopiero na koniec. To był pomysł Kawalerowicza, który udało mi się dobrze nakręcić. Sfotografowałem brzmienie pokazując jak dzwon odkrywa i zasłania słońce. To było niełatwe do zrealizowania, ale i niezwykle trafne zakończenie. Trudnych elementów – w realizacji a także w pracy aktorów – pojawiało się sporo, np. w dialogu pomiędzy matką Joanną i księdzem Surynem. To były sceny pełne podskórnego napięcia. Ale mieliśmy czas, by je przygotować.

Jak długo trwały zdjęcia?

Porównując dzisiejsze realizacje, długo ale z perspektywy twórców – optymalnie, 2- 3 m-ce. To był wtedy europejski standard realizacji. Mieliśmy czas nie tylko, żeby wejść i fotografować kolejne ujęcia. Mogliśmy też sobie pozwolić na przemyślenia. Dzisiejsze warunki pracy filmowców są karkołomne. Praca przez kilkanaście godzin dziennie, bez przerw, to działanie wbrew sztuce. By osiągnąć satysfakcjonujący efekt trzeba tworzyć nie tylko z oddaniem, ale też z radością i pełną świadomością tego, co się robi.

O jakiej porze roku i gdzie realizowaliście zdjęcia?

To było przedwiośnie . Pamiętam mieliśmy problem z zielenią, która znienacka się pojawiała i którą maskowaliśmy. Nasi scenografowie znaleźli wyrobisko pod Łodzią, gdzie wybierano szuter i piasek. Niedawno byłem w tym miejscu. Po wyrobisku śladu nie ma. Cały teren został zarzucony śmieciami i zakryty ziemią. A my nakręciliśmy tam „Matkę Joannę...”. Po jednej stronie stała karczma, po drugiej klasztor. To były zewnętrzne dekoracje. Wnętrza powstały na hali. Wspaniale to zostało zrobione. To nie jest byle jaka praca. Projekty przygotował Roman Mann, który zmarł w Zakopanym w trakcie wyjazdu na narty i potem film kontynuował Tadeusz Wybult. Z wielką energią wielkim talentem. To kolejny wspaniały twórca, który przyczynił się do kształtu tego obrazu.

Często wraca pan do „Matki Joanny od Aniołów”?

Oglądam swoje filmy, bo jestem wykładowcą w szkołach filmowych i artystycznych w Polsce i zagranicą. Wszyscy mnie proszą, żebym film pokazał i komentował. To klasyk, którego wartość uznaje świat.

Jak odbierają „Matkę Joannę...” studenci w różnych krajach?

Czy to w Polsce, w Niemczech, Serbii, Słowenii czy Moskwie... niezależnie od subtelnych różnic temperamentu czy mentalności, są pod wrażeniem kompozycji, jej precyzji i, co za tym idzie, wymowy.

Czy cyfrowa rekonstrukcja, pozwala dostrzec w filmie Kawalerowicza więcej?

Od razu sprostuję. To nie rekonstrukcja a interpretacja. Rekonstruować, znaczy przywracać do poprzedniego wyglądu, tymczasem dzięki nowoczesnej technologii cyfrowej możemy formułować, budować obraz na nowo.

Jest on nie tylko bardziej ostry, ale też głębszy, bogatszy i bardziej precyzyjny, niż na tradycyjnych kopiach. Odsłania niuanse. To, co w tym filmie najpiękniejsze – opowieść, która dzieje się w czerni, bieli i szarości, zyskało dodatkową energię. Nie jest to już tylko fotografia materii w dotychczasowym rozumieniu tego słowa, ale znacznie więcej. To obraz materii, który istniał w negatywie. Byłem bardzo rad, że mogłem przywrócić temu filmowi blask. Szkoda, że efektu nie mógł zobaczyć Jerzy Kawalerowicz.

Życie Warszawy